Menu

Recenzja dotyczy również dodatków "Ashes of Ariandel" i "The Ringed City".

Trzecia część Dark Souls to zwieńczenie jednej z najbardziej przygnębiających, depresyjnych, a zarazem tajemniczych serii gier w historii. Twórcy momentami uderzają w nostalgiczne tony, widać masę nawiązań do pierwszej części (przez większość graczy uznawanej za najlepszą), a cały świat nadal przedstawiany jest za pomocą opisów przedmiotów oraz okazjonalnych pogawędek z NPC-ami. Czy jest więc coś, co uległo zmianie?

Już dłużej nie wytrzymam...

Jedno jest pewne - zmienił się poziom trudności. I to na gorsze. Być może wynika to już z mojego doświadczenia z serią, ogarnięcia wszystkich mechanizmów, pułapek. Ta gra bardzo szybko nauczyła mnie nie szarżować z okrzykiem "Husariaaa!" na każdego napotkanego wroga, nawet jeśli jest postury Pinokia. Tutaj wymagana jest niebywała cierpliwość, nauczenie się schematów zachowania przeciwnika i bardzo szybkie reagowanie na poszczególne ataki. I tak - ginie się nadal dość często. A to zeżre cię coś czego nie widać na pierwszy rzut oka, a to podłoga się załamie pod tobą i trafisz do pomieszczenia z setką agresywnych przeciwników...

Poziom trudności jest jednakowoż "dynamicznie regulowany" w trakcie gry - w każdej chwili można przywołać do pomocy innych graczy. Niesie to za sobą niestety dość ponure konsekwencje. Po pierwsze, ataki zadawane przeciwnikom (zwłaszcza bossom) są zdecydowanie lżejsze, natomiast obrażenia otrzymywane od nich zwiększają się proporcjonalnie do liczby pomocników. Tak samo zwiększa się ryzyko inwazji innych graczy, którzy chcą nam po prostu wesoło oklepać miskę. PvP to temat na osobną historię - wraz z pakietem DLC otwierają się areny do walk między graczami, jest masa różnych przymierzy do których można dołączyć, no i ostały się oczywiście wspomniane wcześniej inwazje.

Walki stały się bardziej dynamiczne, choć do poziomu Bloodborne'a naturalnie im daleko. Teraz każda broń ma swój specjalny atak (zabierający "manę"), który potem można dalej łączyć w kombosy. Najlepiej wypadają przy tym podwójne ostrza, w rękach dobrego zabijaki niejednokrotnie stanowią znaczną przewagę nad trzy razy większym przeciwnikiem. Oczywiście jak to już w serii wcześniej bywało - nie ma złotego środka i złotego setu na bezbolesne przejście gry. Lekka zbroja to szybsze unikanie ciosów, ale też większa podatność na obrażenia krytyczne. Ciężki pancerz natomiast zmniejsza motoryczność gracza, kosztem zwiększonej wytrzymałości.

Jak można byłoby zachęcić nowych graczy, którzy jeszcze nie mieli styczności z żadną częścią tej wspaniałej serii? Zacznij koniecznie od DSIII.

Jednym z największych minusów obniżenia poprzeczki przez twórców jest danie graczom możliwości teleportacji pomiędzy ogniskami już od samego początku gry. Ci, którzy pamiętają kilometrowe spacery w pierwszej części, mogą o nich szybko zapomnieć - choć taka a nie inna decyzja podyktowana jest rozbudowanym światem przedstawionym, to jednak trzeba napisać jasno: mapa z "jedynki" jest wciąż niedoścignionym wzorem level designu we wszystkich grach typu soulsborne. Na plus jednak zaliczam fakt, że wszystkie lokacje są bardzo zróżnicowane (ale to standard From Software) i wykonane wprost obłędnie. W świecie Dark Souls świecące Słońce nadal mocno kontrastuje z przygnębiającą szarością zrujnowanych budynków, a lochy niezmiennie potrafią przyspieszyć bicie serca poprzez dziwne odgłosy dochodzące z oddali czy też przygaszone korytarze pełne rozmaitych potworności.

Przed tobą: skarb...

Jak już wspomniałem wcześniej, trzeciej części najbliżej jest do pierwszej, ponieważ mamy tu do czynienia z bezpośrednią kontynuacją pierwowzoru. DSII zostało prawie kompletnie pominięte, ale kto grał we wszystkie części ten powinien wiedzieć dlaczego. W DSIII trafiamy do królestwa Lothric, a naszym bohaterem jest Nierozpalony - popielna istota, której zadaniem jest sprowadzenie na trony wszystkich Władców Pogorzelisk, aby mogli zapobiec wygaśnięciu Płomienia. Oczywiście żaden z Władców nie zamierza dobrowolnie się poświęcać aby płonęło jakieś ognisko, dlatego też przychodzi nam zmierzyć się z każdym z nich.

Widzicie tego sk@#$ela na screenie powyżej? A to jeszcze nie jest najtrudniejszy i największy przeciwnik jakiego spotkacie. W DSII narzekałem na design bossów - że byli zbyt "humanoidalni" i niekiedy prości do oklepania jak obsługa solniczki (poza Rycerzem Oparów, bo to był sk@#$el najwyższej kategorii). W tej części natomiast najlepszych i najbardziej "zapamiętywalnych" bossów zostawiono na... dodatki. The Ringed City ma dwóch takich zakapiorów. W podstawce nawet ostatni przeciwnik nie stanowi większej przeszkody, choć walka rozgrywa się w miłych i wzruszających okolicznościach... chlip...

Przyjaciel?

Jak można byłoby zachęcić nowych graczy, którzy jeszcze nie mieli styczności z żadną częścią tej wspaniałej serii? Zacznij koniecznie od DSIII. To chyba najbardziej przystępna gra soulsborne w jaką dotychczas grałem, a nie grałem tylko w Demon's Souls. Epicka przygoda, ogromne możliwości konfiguracji swojej postaci pod swoje potrzeby - grę kończyłem z dziesiątką naładowanych do maksimum broni, z czego każda przysłużyła mi się na innym etapie rozgrywki. Nie chcesz grać sam? Możesz zaprosić do gry innego gracza, nawet swojego kumpla. Lubisz PvP? W tej części jest to rozwiązane wręcz obłędnie, wraz z dodatkami pobierasz masę map do cyfrowych wojen pomiędzy graczami z całego świata.

Starych graczy namawiać nie muszę, ale ostrzegam - gra jest w pełni kompletna tylko i wyłącznie z pakietem dwóch dodatków, które dopinają wszystko fabularnie na ostatni guzik i uderzają jedną z najlepszych walk jakie przyszło mi stoczyć w serii Dark Souls (kto ma wiedzieć - ten wie!), no i oczywiście nowe mapy to też i nowe wyzwania a teraz obydwa DLC nie kosztują wcale jakiejś fortuny.

Tak więc - do broni! I chwalmy Słońce! I uważaj na: prawo.

Nienawidzę tej gry - 9/10

Na zakończenie - screen nostalgiczny. Może trochę spoiler? Eee, chyba nie.