Menu

Wojna na wesoło? To zdecydowanie nie ta karuzela.

Oszczędny w formie, bogaty w treść. Oto Jojo Rabbit w skrócie. Wystylizowany na wczesne dzieła Wesa Andersona łączy w sobie lekkość świata widzianego dziecięcymi oczami i ciężar brutalnej wojny. Czy taka mieszanka ma prawo wybuchnąć?

Ciężkie życie nazisty

Naziści nie mają lekko w dzisiejszych czasach. Ich pokoje muszą być oblepione plakatami z wizerunkiem Führera, w sercach powinna tlić się nienawiść do żydowskiej nacji, a ciało powinno być zawsze sprawne i gotowe do walki z wrogiem jedynej słusznej rasy. Do takiego świata ochoczo wstępuje mały Jojo - nazista z krwi i kości. Jojo posiada wyimaginowanego przyjaciela, z którym dzieli wszelkie troski i radości. Jest nim Adolf Hitler. Obaj nie wiedzą jednak, że dzielą dach z osobą żydowskiego pochodzenia...

Sceny konwersacji Jojo z Hitlerem to moim zdaniem wisienka na torcie. Grana przez reżysera postać może nie jest tak karykaturalna jak Dyktator Chaplina (a przy tym gorzej odwzorowana), tym niemniej to właśnie ten duet jest motorem napędowym filmu. Dość powiedzieć, że w przypadku głównego bohatera mamy do czynienia z największym talentem od czasów Osmenta. Całość dopełnia znakomity drugi plan - kolorowa Scarlett Johansson, rozlazły jak zawsze Sam Rockwell oraz gruby koleżka z Hitlerjugend nadają Jojo Rabbit odpowiedniego szlifu.

Na zachodzie bez zmian

O horrorze wojny opowiedziano już bardzo dużo. W tym wypadku Taika Waititi nie wymyśla koła od nowa i stara się jedynie wkleić w ten brutalny świat beztroskę i radość dorastającego chłopca. Można powiedzieć, że Jojo Rabbit to takie drugie The Florida Project, toczące się jednak nie współcześnie a w latach 40-tych ubiegłego wieku. Sceny komediowe mimochodem przeplatają się z prawdziwym ludzkim dramatem, choć w tym przypadku nie ma mowy o wyciskaniu łez. Koloryt całości musi być mimo wszystko zachowany i zbalansowany, a to wychodzi twórcom bardzo dobrze.

Czy Jojo Rabbit ma szansę na statuetkę? Miałby ją w kieszeni za najlepszą dziecięcą rolę w ostatnich kilku (-nastu?) latach. W innym wypadku musi mu jednak wystarczyć "tylko" przychylność widzów. Ale to chyba najważniejsza nobilitacja dla artysty, prawda?

7/10 - można się dobrze bawić, choć niczego nowego film nas nie nauczy