Menu

Miało nie być nic o Chińczykach...

Dla tych, ktorzy nie wiedzą: Ip Man to nie pseudonim marvelowskiego superbohatera, a postać historyczna - urodzony pod tym nazwiskiem chiński mistrz Wing Chun, jednego z wielu odłamów kung fu. W pewnym momencie swojego życia Ip Man szkolił słynnego Bruce'a Lee, po czym stał się w Chinach tym, czym teraz Chuck Norris jest dla Wszechświata. W skrócie: umiał przygrzmocić w pysk.

Bić albo nie bić...?

Seria filmów reżyserii Wilsona Yipa to głośny pean na cześć wyzwoliciela chińskiego narodu spod jarzma Japończyków (pierwsza część) oraz Amerykanów (pozostałe części). "Czwórka" idzie utartym już wcześniej szlakiem, spinając życiorys Ip Mana grubą klamrą, ostatecznie gloryfikując i wynosząc na najwyższy możliwy piedestał tę jakże kontrowersyjną postać. Sam mistrz jest w stanie prawie agonalnym - atakujący go nowotwór w połączeniu z rozkapryszonym synem nie dają szans na szczęśliwe ostatnie dni życia. Jakby tego było mało, po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych zastaje swoich rodaków w rozkroku pomiędzy wielopokoleniową tradycją a buńczucznym i pyszałkowatym modernizmem, który chce wprowadzić w życie dawny uczeń Ip Mana - Bruce Lee. Koniec końców Ip Man musi zmierzyć się nie tylko ze swoją chorobą, ale i wieloma innymi dolegliwościami trawiącymi cały świat przedstawiony: z rasizmem, odrzuceniem przez otoczenie oraz z własnym spojrzeniem na kwestię ojcostwa.

Oczywiście biorąc pod uwagę to, jakie cuda scenariuszowe działy się na przestrzeni tych czterech części, wszystko co powie ekran należy traktować z przymrużeniem oka. Zastanawiający jest też fakt, że autorzy poszli na skróty i nie zdecydowali się w żadnym stopniu ucharakteryzować głównego bohatera (Donnie Yen wygląda na 40-parę lat, podczas gdy w "czwórce" Ip Man ma spokojnie 70), zdecydowali się za to zatrudnić... animatorów. Takich za miskę ryżu dziennie. Kwiatki w stylu bieda-tekstur budynków nałożonych na tło jednej ze scen, czy samolot gubiący klatki względem poruszającej się kamery to szczyt CGI, jaki może wykonać jedynie wyspecjalizowany w Blenderze czarodziej. Ip Man 4 zawodzi też tam, gdzie komputer wkrada się w sceny walk. Broni się za to zdecydowanie podczas dynamicznego montażu i jak zawsze wyśmienitej choreografii.

Ojciec, prać...?

Wisienką na torcie jest oczywiście pojawienie się Scotta Adkinsa - mistrza wszelakich sztuk walk jakie tylko wymyślił człowiek, od taekwondo po jiu-jitsu. Scott nadaje rytm tej produkcji i tylko szkoda że jest go tak mało w tym filmie. Potraktowane to jest zapewne tym, że autorzy starali się skupić na wielu wątkach jednocześnie. Te, które już są, zostały jednak poprowadzone w sposób niejasny i nie bardzo czytelny. Sam Bruce Lee dostał jakiegoś biednego aktorzynę i walkę z napakowanym karateką (!) w zaułku za randomową knajpą z hamburgerami, także niech to będzie odpowiednia "rekomendacja" dla całego scenariusza...

Cała seria Ip Man to oczywiście jedna wielka ściema. Wielki mistrz Wing Chun nie tłukł się z mistrzem boksu wagi ciężkiej, nie położył tysiąca Japończyków nawet się przy tym nie pocąc, no i ostatecznie sporna jest kwestia jego "nauk" przekazywanych Bruce'owi Lee (podobno tylko rzucał do niego jakieś luźne sugestie). Mimo wszystko ogląda się to całkiem dobrze i oczy bolą tylko w momencie gdy pojawia się na ekranie choćby kawałek CGI. Ip Man 4 to rzemiosło klasy B, mniej solidne od poprzedników i nie zapadnie w pamięć tak mocno jak Kickboxer czy Szukając sprawiedliwości. No ale w takim kinie chodzi tylko i wyłącznie o czystą rozrywkę.

6/10 - punkt więcej za Scotta